Księstwo udzielne wita żeglarzy bezmiaru oceanu wkurwu, ahoj!
RSS
niedziela, 08 marca 2009
120. - Niedziela: dzieje się w realu, nie ma mnie w wirtualu.
Tak ze 4 lata temu rozmawiałem raz przez telefon z Mieczysławem F. Rakowskim próbując go zaprosić na jakieś spotkanie. MFR grzecznie odmówił. Powiedział, że niestety nie może przyjść, a potem dodał "Wie pan, jestem zajebany robotą." To mniej więcej jak teraz. Przewidywane wolne po 15 lipca
niedziela, 15 lutego 2009
119. - Niedziela: The sick in the head song
800 nieprzeczytanych postów z antykwariatów i Guardian Books, żadnej przeczytanej od bardzo dawna w całość książki. Żadnych nowości, żadnych wydarzeń specjalnych tylko jedna myśl: do roboty, do roboty, muszę zdążyć, bo czasu jest mało, a ja przegiąłem i wziąłem na siebie DUŻO za dużo.

Oczywiście zdążę, nie ma paniki, po prostu podjąłem decyzję, że sam się teraz wkręcę w jakiś klimat, tym razem jednak, dla odmiany, pozytywne to będzie wkręcenie. I tej wersji się trzymajmy.



P.S.

Mój pierdolnięte-radar jednak działa genialnie. NO FUCKING APOLOGIES.
środa, 28 stycznia 2009
118. - Środa: Rok Obrachunkowy.
Minął rok. Minął MI kolejny rok. Wychodzi, że w czasie tych 12 miesięcy:

1. Wypiłem jakieś 500 piw (nie jest to figura retoryczna, tak dla odmiany) i kilkadziesiąt litrów wina, które to poprawiłem pewną ilością tzw. mocnych alkoholi.
2. Odwiedziłem 3 kraje, ze 2 razy Kraków, raz Chorzów, Mazury i Serpelice.
3. Przeczytałem trochę książek, pewnie mniej niż zwykle, obejrzałem kilka filmów, znacznie mniej niż zwykle i dużo więcej niż zwykle seriali.
4. Skończyłem jeszcze jedne studia, a wraz z nimi karierę uniwersytecką.
5. Wreszcie kupiłem sobie porządny aparat i zrobiłem kilka tysięcy zdjęć. O jakości ich celowo nie wspomnę.
6. Przetłumaczyłem jedną i połowę drugiej książki z angielskiego, jedną na angielski, a jedną zredagowałem merytorycznie.
7. Miałem 3 pracodawców i jednego niedoszłego. Nie o każdym z nich myślałem z miłością.
8. Zakończył się jeden mój związek, ale tak ogólnie dziewczęta różne inne ponoć nadal mnie lubią, chociaż nie zawsze tak bardzo, jak bym chciał, i nie zawsze z wzajemnością.
9. Odnowiło się kilka znajomości, a niektóre z nich z wolna zaczynają być bardzo ważne. Nawiązałem też trochę zupełnie nowych. Są też stare znajomości, które trwają i pozostają bardzo ważne.
10. Nie zmarła żadna ważna dla mnie osoba.
11. Ogólnie był to rok bardzo chujowy, chociaż bez żadnej wielkiej tragedii. Nie o każdym roku mogę to powiedzieć.
12. I na koniec pozostaje mi sobie życzyć, żeby następne 12 moich miesięcy nie okazało się wielką, czarną, smutną dupą.
wtorek, 20 stycznia 2009
117. - Wtorek: Feeling 17, acting 95.
Simone de Beauvoir w rozdziale 2 część II drugiego tomu "Drugiej płci" (naprawdę, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że stylistycznie być może lepiej byłoby wstawić "na stronie 358" zamiast tego co wcześniej, no ale) napisała następujące zdanie: "Oderwanej od dziecięcej przeszłości, teraźniejszość wydaje się tylko przejściowym okresem - nie widać w niej celu, do którego warto dążyć, lecz wyłącznie - rozmaite zajęcia. Młodość swą, bardziej lub mniej wyraźnie, zużywa na czekanie." Nie wiedzieć czemu bardzo się identyfikuję z tym fragmentem. Identyfikuję się, bo w sumie też mam wrażenie, że nie robię w życiu nic innego tylko czekam i że czekam na coś od kiedy pamiętam. Powiem więcej, od kiedy pamiętam cechą, na rozwój której u mnie kładziono największy nacisk była cierpliwość: czekaj, musisz poczekać, poczekaj, jeszcze trochę. Więc czekam, czekam tak zupełnie bez celu i zupełnie bez sensu, zupełnie przy tym nie wiedząc na co, czekam myśląc co by tu dalej robić, co by robić w ogóle, co by mogło mi sprawiać przyjemność i dochodzę do wniosku, że w gruncie rzeczy nie umiem robić nic innego poza czekaniem i zabijaniem czasu w trakcie tego czekania.

"Rozprzęgają się związki, chwile tracą łączność ze sobą, bliźni zostaje rozpoznany tylko na drodze abstrakcyjnego poznania, a chociaż rozumowanie i logika pozostają nietknięte, w stanach melancholii, podporządkowane bywają afektom, wybuchającym wśród organicznego zamętu." Tyle dalej Simone, chociaż oczywiście w zupełnie innym kontekście. Nie mniej, podporządkowanie afektom to chyba coś, co mi się ostatnio bardzo udziela i właśnie ono zdaje się, że jest odpowiedzialne za powrót nastroju "emo-bloga". (Swoją drogą to dopiero teraz skojarzyło mi się jaki piękny wywód można by zrobić na temat afektów posiłkując się filozofią stoicką, ale jakoś nie bardzo czuję się życiowo na robienie pięknych wywodów w oparciu o filozofię stoicką.)

(A na marginesie, istotne dla mnie i zupełnie bez związku dla osób postronnych, to znowu coraz bardziej prawdziwe mi się wydaje zdanie złośliwie recenzujące Susan Sontag "She was much better reader than she was a writer". Oh, yes, indeed.)
środa, 07 stycznia 2009
116. - Środa: Wiktor Pielewin w kwestii blogów.
Tak, przeczytałem kolejną książkę Pielewina i tak, znowu mam ciężką na niego zajawkę. Na dzień dobry fragmenty z "Empire V" o blogach. I nie tylko o blogach.

- Umysł ludzki podlega dziś trzem podstawowym wpływom. Są to glamour, dyskurs i tak zwane newsy. Kiedy człowiek jest przez długi czas karmiony ekspertyzą, reklamą i wydarzeniami dnia, rodzi się w nim pragnienie, by samemu pobyć brandem, ekspertem i newsem. I po to właśnie istnieją kibelki dla ducha, czyli blogi. Prowadzenie blogu to odruch obronny okaleczonej psychiki, które bez końca rzyga glamourem i dyskursem. Wyśmiewać się z tego nie wolno.

(...)

- ...W LiveJournal zawsze można sprawdzić opinie profesjonalistów - każdy ekspert ma tam teraz swój blog.
- Czytać zamiast gazet blogi ekspertów - odparła Hera - to to samo co nie jeść mięsa, tylko żywić sie ekskrementami mięsożerców...
- W LiveJornal - powiedziałem - po takim zdaniu należałoby umieścić buźkę.
- Buźka to taki wirtualny dezodorant. Użytkownik wstawia ją, kiedy mu się wydaje, że brzydko od niego pachnie. I chce sobie zagwarantować, że będzie pachniał ładnie.

Nagle odczułem chęć, by odejść na bok i sprawdzić, czy nie czuć mnie potem. Do końca bulwaru doszliśmy w milczeniu...

(Str. 201-202)

Jak będę duży i inteligentny to będę pisał jak on.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
115. - Poniedziałek: Bredzenie siwej kobyły
[Tytuł (c) "Empire V" Wiktora Pielewina]

To co lubię mroźną i śnieżną zimą to promienie słoneczne odbijające się od śniegu, wyostrzające kontury wszystkich budynków i drzew, i rzucające je na tło nieba, a nie pokrywy chmur lub ściany smogu. Wtedy nie myślę nigdy o tym, co mnie wkurwia, ani o tym co mnie zasmuca. Nie myślę wtedy o zaprzyjaźnionych dziewczynach, które kiedyś zniknęły mi z oczu wesołe i zdrowo się prezentujące, a teraz znalazły się pod postacią znerwicowanych qusi-anorektyczek, za dużo palących i za dużo pijących. Nie myślę wtedy o znanych mi ludziach, którzy zrobili wszystko by znaleźć się w kategorii "fairly intelligent but full of shit" [(c) George Carlin]. Nie myślę o nich i jest to dobre.

W filmie "Godziny" jest taka scena, gdy Meryl Strip opowiada jak to kiedyś wyszła o poranku przed dom na plaży, spojrzała na morze i pomyślała, że czuje, że będzie szczęśliwa. Dopiero dużo później uświadomiła sobie, że właśnie wtedy była szczęśliwa. Zaś ja, ja kilka dni temu jechałem po zmierzchu samochodem z kimś znajomym i po raz pierwszy od długiego czasu uśmiechnąłem się sam z siebie i do siebie. Poczułem po raz pierwszy od lat, że jest mi dobrze i że być może dobrze dalej będzie. Więc.

Gdy niedawno z Rodzicem rozpijaliśmy noworoczną flaszkę wódki usłyszałem następujące życzenie: "Oby w tym roku żadna tragedia nie dotknęła tej rodziny, jak to się już zdarzało". Oby. Tego sobie życzę, sobie i tym kilku osobom, które lubię na tyle by.
wtorek, 30 grudnia 2008
114. - Wtorek: Między Świętami a Nowym Rokiem
Ponoć w okolicach przesilenia zimowego, zwanego również Bożym Narodzeniem, aktywność świrów i samobójców nasila się. W sumie, to nie ma się czemu dziwić, więc nie dziwię się, a tylko ze spokojem obserwuję rozwój wydarzeń. Patrzenie na nie z tej perspektywy i interpretowanie w jej duchu zachowań ludzkich bardzo ułatwia przeżycie całego okresu Świąt. Bardzo pozytywnie wpływa też na mój zen. Nie ma to jak dystans. To tyle w temacie obiecanego związku między mizantropią, a słowem na Wigilię. Na tegoroczną co prawda jest już trochę za późno, ale na przyszły rok może do czegoś się to wszystko nada.

A przyszły rok... Z mojej perspektywy największą zaletą przyszłego roku jest to, że będzie, bo generalnie jakoś ostatnio jest tak, że chcę by było za rok. Albo lepiej za dwa, bo upływ czasu ma pewne zalety, a ja teraz bardzo potrzebuje wszystkiego, co ma pozytywny wpływ na mnie i mój zen.

Zatem, do przyszłego roku. Niech nie będzie dużo gorszy od mijającego.
sobota, 20 grudnia 2008
113. - Sobota: W nastroju przedświątecznym
Mogłoby się wydawać, że kolejny spadek częstotliwości dodawania blotek spowodowany jest brakiem tematów, chęci i woli, a w najgorszym razie obniżeniem się poziomu globalnego wkurwienia. Pragnę zapewnić, że broń Boże jedyny, nic takiego nie ma miejsca. Sytuacja jest dokładnie odwrotna, wszystkie czynniki, a zwłaszcza wkurw, są na swoim miejscu i to bardziej niż pod dostatkiem. Mógłbym też pisać w tonacji depresyjnej, ale pewnie znowu jakoś po 5 piwie Joanka Darczyńska (blog do znalezienia w sieci, świnią nie będę, linka nie podam), gdzieś tak na godzinę przed zrobieniem publicznego pokacycki z inną koleżanką, zarzuci mi, że to co piszę jest bardzo emo. Not that I care.

A wkurw buzuje. Ostatnio bardzo wysoko na topie mojej listy zjawisk wkurwiających znajduje się szanowany pan poseł Jarosław Gowin i wszystkie pomysły, które usiłuje wprowadzić wraz z tzw. ustawą bioetyczną, a zwłaszcza zakaz procesów o złe urodzenie w przypadku, gdy lekarze nie przeprowadzą dozwolonej przez prawo skrobanki. Gdy słyszę takie pomysły to bardzo żałuje, że matka szanownego pana posła Jarosława Gowina nie zdecydowała się na aborcję. Tym jednym czynem pokazałby, że zależy jej na losie ojczyzny, a tak to musimy cierpieć.

(Bismarck, którego z różnych powodów szanuję i cenię, powiedział podobno, że kto nie był za młodu socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem. Mówi też mądrość ludowa, że young radicals become old reactionaries. Nie byłem ani jednym, ani drugim za młodu. Niemniej, na starość robię się bardzo radykalny w poglądach. Herr Benedykt XVI stwierdziłby za swoim niewątpliwie nieodżałowanym poprzednikiem, że uległem wpływom cywilizacji śmierci. Cóż, Europa się starzeje, a starości do śmierci jest z zasady blisko.)

Wkurwia mnie Sejm i rząd RP oraz ogólnopolskie media zajmujące się duperelami typu czy Rymanowski jest dobrym dziennikarzem czy może nie jest (moim zupełnie nieskromnym zdaniem nie jest, ale to może wynikać z faktu, że w czasach, gdy red. Rymanowski pracował w TVP dla zupełnie apolitycznego byłego posła PiSu Wiesława Walendziaka, ja osobiście wolałem oglądać BBC i Sky News, więc możemy z red. Romanowskim mieć inne pojęcie o standardach obiektywnego, rzetelnego czy po prostu dobrego dziennikarstwa), grzebaniem przy świadczeniach emerytalnych pracowników SB (na marginesie, ciekawe jak rozwiążą kwestie emerytur takiego gen. Zacharskiego, który swoje sukcesy odnosił pracując dla SB, czy gen. Petelickiego, który nim zaczął paradować w dziwnym mundurze jako twórca GROMu to z ramienia wywiadu zagranicznego kradł w Szwecji dla socjalistycznej ojczyzny recepturę proszku OMO), ale jakoś mało przejmujące się danymi GUSu o tym, że produkcja przemysłowa spada u nas w tempie niezłym, może nie ukraińskim, ale naprawdę niewiele już brakuje. A o Ukrainie rzeczone media piszą, że jest tam zapaść. Ojej?

Last but not least, czyli to, co mnie wkurwia NAJBARDZIEJ (bo do całej reszty się przyzwyczaiłem i już ją od dawna ignoruję, zlewam i jest to powiedzmy sobie szczerze temat trochę zastępczy). A wkurwia mnie najbardziej sytuacja, gdy okazuje się, że ludzie faktycznie są tak głupi jak, w chwilach wybitnego wkurwienia obwieszczam urbi et orbi. Potem, gdy wkurwienie opada, odwołuję te słowa, mówię że przesadziłem i w ogóle. Później zaś się okazuje, że jednak nie, nie przesadziłem, że są AŻ TAK beznadziejnie głupi. I cóż... Wkurw opadnie, zawsze w końcu opada, bo i doświadczenie rośnie, i techniki jego poskramiania doskonalą się, a ludzie jak głupimi się urodzili, tak głupimi umrą, nie ma od tego odwrotu. Moje szczęście, ich pech. Nie żeby ich pech mnie obchodził.

Statystyki mówią, że dużo osób zagląda tu via google po hasłach typu "słowo na wigilię" oraz "jestem mizantropem". Jeżeli będzie wola, a nawet ochota, to postaram się coś przygotować by usatysfakcjonować jednych i drugich szukających.
środa, 03 grudnia 2008
112. - Środa: Co ja mogę powiedzieć, czego ludność jeszcze nie wie?
Ogólnie to jest tak, że niby wiele się dzieje. Jest szum, jest zamęt, organizuję sobie atrakcje itp. itd. Niby byłem w Chorzowie i było fantastycznie. Niby byłem wspierać benefitowo Manifę i nie było gorzej niż w Chorzowie. Niby wszystko jest w normie, jest wporzo i w ogóle super. Niby. Niby, Niby. Ale mnie jakoś całe to niby nie interesuje, tak samo jak nie interesuje mnie żadne "w normie".

Zdegustowany i znudzony jestem ostatnio, tak jakby trochę bardziej niż zwykle. Poszedłem do księgarni i wyszedłem bez większych nadziei dla ludzkości. Poszedłem do kina i po 25 minutach reklam zrozumiałem dlaczego nie znoszę ostatnio telewizji, a po obejrzeniu kilku trailerów dotarło do mnie po raz kolejny dlaczego oglądanie polskich filmów już wkrótce będzie zakazane przez WHO.

Toczyłem zupełnie niedawno bardzo długie i bardzo otwarte dyskusje. I w ich trakcie dotarło do mnie, że gdy mówie otwarcie to bluzgam, strasznie bluzgam, ze gdy poskrobać trochę głębiej ponad warstwę codziennej uprzejmości i manier to jest tylko jeden wielki bluzg. Zaraz potem trafiłem w Przekroju na wywiad Najsztuba z Dorotą Masłowską. Cenię sobie Masłowską od dawna i zdaje się, że z przyczyn innych niż ta, że modnym było cenić sobie Masłowską. Rzekła ona była:

Ładniejsze nazywanie świata ma więcej wspólnego z prawdą i jest afirmujące. Świat wydaje się lepszy, jak się nie nazywa wszystkiego ciągle kurwami i chujami. Ale przeklinanie to też pozwolenie sobie na gniew, a należy sobie czasem pozwolić na gniew, tylko nie należy tego robić ciągle, żeby nie konstruować sobie świata w wiecznym wkurwieniu.

Odnoszę wrażenie, że dla mnie już jest za późno. Mój świat od bardzo dawna jest wkurwieniem, wkurwieniem doprawionym zażenowaniem. Punkt przełamania jednak jeszcze nie nadszedł.
wtorek, 25 listopada 2008
111. - Wtorek: Słowo na środę.
Właściwie. Właściwie to codziennie przed snem planuję i obmyślam nowe blotki, które chciałbym tu wrzucić. W tematyce różnej, różnistej, od A do N. I takie trochę skamlące, i takie trochę podsumowujące, i takie trochę spokojne, i takie w temacie ogólnym, czyli to, co mnie wkurwia. Jakoś jednak nie mam siły, a i nastroje moje są tak zmienne, że z napisania ich nic nie wychodzi. Może to i dobrze. (Chociaż w mojej głowie dział "to, co mnie wkurwia" naprawdę kwitnie.)

Jednakże. Jednakże dawno nie wrzucałem niczego o książkach, żadnego małego cytatu. Również, jak wyżej, może to i dobrze, bo o cytowanie nie chodzi, oj, nie chodzi.

Ale. Ale znalazł się ostatnio w spisie lektur mocno nadobowiązkowych Michał Witkowski i jego "Lubiewo". Książka jest pysznie napisana. Jak kogoś nie odrzuca m.in. od czytania opisów mało wyrafinowanych stosunków homoseksualnych między mężczyznami, a wiem, że są tacy, których odrzuca, to naprawdę rzecz czyta się przednio.

I teraz. I teraz będzie nieodłączny cytat, cytat mocno obsceniczny, cytat dla kogoś być może niesmaczny, ale z mojej perspektywy niezmiernie zabawny.

(Drobne wyjaśnienie: Patrycja - polska ciota, używając terminologii Witkowskiego, Kozak - to Radziecki poborowy stacjonujący w Polsce.)

Był taki Kozak. Biała twarz, z wąsem, no, kozaczyzna (ach, oni inaczej zupełnie pachną, stepem, Azją...). On mi powiedział, że jeszcze nigdy z nikim tego nie robił. Dziwił się Patrycji, że ona bierze do buzi, to ona:
- A ty liżesz pizdu.
To on, że nie, nie bardzo, bo "pizda woniejet". A tu Patrycja z wrodzoną sobie, niemal buddyjską prostotą:
- To nada umyć pizdu.

Boy. Boy-Żeleński na to: "Myjcie się, dziewczyny! Nie znacie dnia, ani godziny."
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13